czwartek, 12 lipca 2012

Matka i babka - istoty pozbawiające mnie radości życia



Tak, to prawda. Jakoś nie idzie nam się dogadać... stop! Co za bzdura! Aktualnie w ogóle staram się unikać z nimi jakiejkolwiek konwersacji. A jeśli już, nadarzy się taka okazja, to ogranicza się do: Tak nie może dłużej być, Musisz się ogarnąć, Masz jakieś wyrzuty sumienia?, Poucz się, itd.
Na czym polega problem pomiędzy mną a matką babką-Aldonką? Z mojej perspektywy, przedstawia się to jako niezrozumienie charakteru oraz poważne usposobienie owych kobiet. Ja rozumiem, że w wielu sytuacjach należy zachować powagę. Ale nikt nigdy nie zabroni mi pozytywnego uśmiechu i drobnych 'zaczepek'. Natomiast ich spojrzenie na mnie, jest całkowicie inne. Podobno: nie szanuję ich, nie słucham co się do mnie mówi, zgłupiałam w tym gimnazjum, zachowuję się jak idiotka... no może tyle wystarczy. Wczoraj prawie pobiłam się z matką. Do niczego nie doszło, ale uraza została. Szkoda tylko, że w niej, a nie we mnie. Bosz, jaka była awantura! Aldonka wściekała się i krzyczała jak opętana. Dzisiaj wcale nie jest lepiej. Matka obchodzi się ze mną obojętnie, unika kontaktu do maksimum. Może to i lepiej. Wolę taką przeraźliwą ciszę niż wieczne krzyki. Przejdzie jej. Wiem to. Jeszcze jutro/pojutrze i zacznie się odzywać normalnie. Kiedyś bym się przejmowała, że ło boże co to nie będzie. Nie. Teraz już nie. Wszystko dojdzie do porządku normalności. Tylko najgorszy jest ten pierwszy dzień. Na początku odczuwam wściekłość i rozpacz. Później ogarnia mnie śmiech. Co też one z siebie robią? Jak mogą tak się drzeć? Żenujące. I na sam koniec deprecha. Leżę plackiem i mam ochotę się zabić. Mam szum w głowie i kłuje mnie serce. Czasami sobie myślę, że te kobiety wysysają mi ... krew? Nie, nie wampiry. Raczej radość życia. Takie żeńskie odpowiedniki dementorów z Harrego Pottera. Cokolwiek bym nie zrobiła, one mnie stopują na każdym kroku. Będąc myślami w swej 'wymarzonej przyszłości' odwiedzają mnie moje dementorki i wszystko spełza na niczym. Wracam do rzeczywistości. A jak wyobrażam sobie swoją przyszłość? Kiedyś, jeszcze kilkanaście miesięcy temu, były takie myśli, by wyjechać za granicę, poznać kogoś z rodziny królewskiej, pojawiać się na okładkach Vogue czy Elle. Teraz już zeszłam na ziemię. Patrzę na swoje umiejętności, talenty, oceny (!), aspekty wszelkie. Ale nawet wtedy pojawia się Aldonka: Skończ to gimnazjum. Na co ci studia! Aby wyżyć jakoś, to się liczy. Na kasie w sklepie będzie ci dobrze.Pieniążki są takie sobie, starczy ci. Albo matula: Ja chciałam iść na bibliotekarkę. Taka bibliotekarka to ma dobrze. W zimę sobie siedzi przy biurku, ma książki do czytania, komputer z internetem, łatwą pracę, ciepły kaloryfer. I cóż ja na to? Najlepszą taktykę stosuje wobec nich ojciec. Siedzi cicho, nie odzywa się, chyba, że musi, ale co sobie pomyśli o wszystkim, to jego! I chyba tak muszę od teraz postępować.